fbpx

Świąteczny list do M.

Drogi Mikołaju, to był ciężki rok. Bezpardonowo wystawiłeś mnie na próbę, żeby zobaczyć, czy będę grzeczna. Czy zapracuję na prezenty, czy raczej zarobię drewnianą rózgę, która zostawi różowe pręgi na moim zdecydowanie już zimowym, przyobleczonym w dodatkową warstwę tłuszczu tyłku.


I oblałam. Kolejny rok z rzędu.

Czasem miałam powód, a czasem moja naturalna jędza potrzebowała po prostu wyjrzeć zza krat. Na chwilkę, bo śnieg padał. Na moment, tylko się przywita. Dosłownie dwie sekundy, i zaraz wróci odmrozić sobie drugi pośladek, bo nie zamontowałam jej w celi ogrzewania. Z nadzieją, że wargi zamarzną jej na tyle, że stanie między rybami a dziećmi w słynnym zresztą porzekadle.

Ktoś mądry kiedyś powiedział, żeby złych rzeczy nie pamiętać – więc, drogi Mikołaju, to ten moment. Jesteś pewny, że chcesz trwale usunąć pliki? Trash, lądują w koszu. Jak na śmieci przystało.

Nie brakowało też tych dobrych chwil, ale z wrodzonej skromności nie będę ich wyliczać, bo przecież i tak wszystkie je znasz.



Okej. Ale tylko kilka.

Oczywiście nie będę wspominać tego, że tysiąckrotnie chodziłam gdzieś, gdzie wcale nie chciałam, ale wypadało przynajmniej na godzinę usiąść z przyklejonym sztucznym uśmiechem na twarzy, który ma dawać do zrozumienia coś na zasadzie „to najszczęśliwsza chwila w moim życiu” zamiast „błagam, zabijcie mnie„. Czasem wychodziło.

Nie powiem nic o tym, że wizja maja zamieniła mnie w kujona, który w sumie mógłby gdzieś czasem wyjść, ale nawet jak znajdzie chwilę oddechu to zdążył się tak rozleniwić, że woli pójść spać albo jeść chipsy w szlafroku przed Ukrytą prawdą niż skoczyć na miasto ze znajomymi. Mniej ruchu = więcej szczęścia.

Inną sprawą jest jednak uległość w celu „uchylenia nieba” komuś innemu – tym już podobno można się chwalić. Kiedy w miejscu, gdzie powinnam mieć serce (bo rzekomo czasem nie mam, biologicznie niewyjaśnione), czuję pulsujące od wewnątrz ciepło, patrząc na tę właśnie istotę, wiem, że zrobiłabym wszystko, żeby tylko było jej dobrze. Z takim mottem i wmawianiem sobie, że tak jest bardziej humanitarnie, oddałam moją osobistą, prywatną poduszkę tej, która uznała to za rzecz naturalną i w ogóle nie podlegającą dyskusji. Psu. Ja śpię na pluszowym misiu.

I tak mogłabym ciągnąć zbiór dobrych uczynków i mniejszych grzeszków, ale przecież sensem pisania listu do Ciebie, drogi Mikołaju, są świąteczne życzenia.

Nie mam ich wiele. W tym roku nie oczekuję drogich prezentów, wyszukanych i kupowanych w zamian za odciągnięcie sobie od ust posiłkowych przyjemności. Nie wypada mi prosić o dobre oceny czy dostanie się na studia, bo o tym zaważy moja mniej lub bardziej ciężka praca. Dlatego chciałabym prosić o jak najwięcej siły i motywacji, żeby tej pracy nie porzucać i przestać w końcu zaczynać coś i nigdy nie kończyć. Chciałabym też, żeby te święta były wyjątkowe nie tylko ze względu na to, że spędzone w zupełnie innym gronie i miejscu niż dotychczas – spraw, żeby były magiczne na każdy możliwy sposób, żeby sypiący z nieba biały puch nie doskwierał jako powód zimna, a radości – obudź w nas dzieci. Poza tym wszystkim, jeśli znajdziesz czas między rozwożeniem prezentów a karmieniem reniferów, zwróć choć ułamek uwagi na moje stare, zakurzone marzenia, które choć wiekiem sięgają coraz dalej, pozostają niezmienne. Daj im mały impuls do spełnienia. Tak mało, a tak wiele – i zyskasz kolejną ucieszoną, małą dziewczynkę, zadowoloną ze swojego świątecznego prezentu. A przecież właśnie o radość w święta chodzi.

10 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.