fbpx
Osobiste

I żeby było normalnie, amen

Trzykrotnie zmieniałam pracę, byłam w najbliższym stadium kryzysu i rzucenia studiów w całej mojej uczelnianej karierze, prawie zostałam bezdomna, a jak już byłam domna, to okazało się, że jednak mieszkanie pod mostem też mogłoby mieć swoje plusy, straciłam wiarę w siebie, związek i normalne życie, a tkwiąc w tym chaosie, starałam się z całych sił do końca nie zwariować. I to wszystko w ciągu jednego roku.
A o dziwo źle się nie zaczynał – miałam pracę, co prawda bez sensu i perspektyw, ale miałam, nawet stabilny związek był, a przynajmniej tak wtedy myślałam. Ale jako że do księżniczki z bajki brakuje mi wszystkiego, to coś kiedyś musiało się posypać. Najpierw praca, bo doprowadzała do depresji, dlatego wolałam ją rzucić i głodować kolejne dwa miesiące niż dać sobie zniszczyć psychikę do reszty. W tym samym czasie też związek, który uważałam za największe szczęście, okazał się być największym ciosem w plecy. Z mieszkania, nazwijmy je numer 1, wyprowadziłam się dość szybko. To w sumie delikatnie powiedziane, bo jednego dnia po prostu się spakowałam i wyszłam. Tak się dzieje, kiedy jest się bezmyślnym i wynajmuje się komuś pokój bez umowy, a dodatkowo jeśli tym kimś jestem ja i nadepnie się mnie w nieodpowiednie miejsce. A o to nietrudno, bo żadne nie jest odpowiednie. Jednak mieszkanie numer 2 okazało się lepsze jedynie pod względem warunków (całkiem fajnie mieć działający piekarnik) i w końcu normalnej współlokatorki, co w sumie znaczy mega dużo, ale pojawia się haczyk w postaci mieszkającego z nami właściciela z dziewczyną. Wszystko dało się znieść, dopóki nie wparowali mi do pokoju podczas mojej nieobecności i bez mojej wiedzy, pod pretekstem „a bo my chcieliśmy pokazać mieszkanie nowej dziewczynie”, sprzątając przy tym wszystko, bo podobno syf i bez jakiegoś wstydu ruszając moje rzeczy. Ale na szczęście znalazło się mieszkanie numer 3, które do tej pory mój szacunek mogło stracić jedynie przez mole w mące.
 
Studia rzucałam 240983 razy, ale oblany egzamin splunął mi w twarz i powiedział dość jasno, że jak nie lubię Sienkiewicza, to tam mam drzwi, a nie papierek i wyższe wykształcenie. To ja temu egzaminowi mówię „ok, przeczytam, ale chłam zawsze będzie chłamem” – i tak oto znienawidzony pisarz najpierw kopnął mnie w dupę, a potem cudem ją uratował na poprawie.
 
Oczywiście po drodze moja ulubiona historia z Fundacją – o tym, jak to po dość burzliwej wymianie zdań na fejsie i wydaniu mi kota bez umowy wparowali bez wstydu pod moje drzwi z interwencją, „bo zwierzę cierpi”. Ale jak to mówią, najmniejsze pieski szczekają najgłośniej, dlatego pozew, którym mnie straszyli, tak samo jak groźby dotyczące ostrzegania przede mną dziekanatu i pracodawcy, skończyły się (szok i niedowierzanie) tylko na słowach.
 
Na przestrzeni ostatnich lat, gdzie też przecież lekko nie bywało, rok 2019 jednak króluje niczym Lucyfer w podziemiach w tych diabelskich skrzydłach i z devil facem, mając za nadrzędne zadanie ukaranie mnie chyba za całe zło mojego życia. I choć już zbliża się do samego końca, to wciąż nie wydaje się normalnieć i układać mi życia w jakiś sensowny sposób. Mówi się, że co Cię nie zabije, to Cię wzmocni. Ciekawe, w którym momencie takiej słodkiej tortury zaczyna się osiągać nieśmiertelność albo jakieś inne supermoce w zamian. Pozwolę sobie życzyć, żeby kolejny rok nawet w najmniejszym stopniu nie dorównywał mijającemu i żeby to, co się ustabilizowało, ustabilizowanym pozostało. Może nie na wieki wieków, ale przynajmniej na jakiś czas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *