fbpx
Blog

Chcę znów pod Jej spódnicę

Rozstanie. To takie słowo, które dzięki amerykańskiej kinematografii i wszelkiego rodzaju książkom od razu kojarzy się z rozchodzącą w różne strony parą. Może z rozwodem. Zwykle chodzi o dwoje ludzi, którzy chcieli ułożyć sobie razem życie, ale im nie wyszło. A przecież rozstania towarzyszą przeciętnej osobie każdego dnia. 


Budzę się rano i pierwsze, co mnie czeka, to ten ciężki moment, w którym dociera do mnie, że a. nadal żyję oraz b. muszę, cholera jasna, wstać. Z tego cudownie wygodnego łóżka i opuścić ukochaną poduchę. Jedno z najcięższych rozstań życia, a niestety przeżywanych rutynowo. 

Kiedy już fala senności powolnym krokiem żółwia morskiego odchodzi w niepamięć minionej nocy, ja jestem w trakcie wrzucania w siebie skibki chleba przełożonej czymkolwiek i w biegu – jak zawsze – staram się zdążyć na autobus. W międzyczasie, jak na typową kobietę z wgraną wielofunkcyjnością przystało, zdążyłam wyjść z psem i posprzątać pokój. Żartuję. Ja nie sprzątam. Wychodząc z domu, łapię tęskne spojrzenie tegoż psa i chcąc nie chcąc – co tam że autobus odjeżdża za chwilę – rozczulam się i jednak nie wychodzę. Mówię do niego, że przecież nie uciekam, że wrócę – ale zdaje się bezgłośnie odpowiadać „dlaczego? Dlaczego mi to robisz, Aga?”. Oto kolejne rozstanie. Bo wyjść przecież muszę. 

Pamiętam czasy przedszkola. Jak na początku był płacz, bo „nie chcę tam iść, ja chcę do mamy”. Prędzej czy później zaczynało się podobać, chociażby w momencie dokuczania koleżankom, zabierając im jojo. Ale płacz być musiał. W podstawówce spędzone lata przywiązały mnie do pewnych osób, które w moim życiu figurują do dziś. W gimnazjum zawarłam kluczowe przyjaźnie i znajomości, również zresztą w obecności genialnej klasy. Liceum… przeminęło z wiatrem. Wyjście ze szkoły wiązało się ze smutkiem. Każdy po swojemu reaguje na zmiany, ale gdy odbiera się komuś jego rutynę, coś, co było na co dzień, a teraz ma tego nie być… totalna pustka. Rozstanie poganiające rozstanie.

W ten oto sposób dotarłam do meritum sprawy. Do etapu, na którym znajduję się obecnie. Bo tak naprawdę zmiana szkoły to tylko i zarazem aż zmiana miejsca i otoczenia, do którego uczęszcza się pewną część dnia. Nowi ludzie to nowe wyzwania, nowe znajomości, nowe początki. Ale gdy te nowości zaczynały przytłaczać, gdy cokolwiek się nie powiodło, gdy kolega w przedszkolu urwał misiowi ucho, a w liceum dostałam dobre zachowanie bez większego powodu, to zawsze było jedno miejsce, do którego chciało się wracać. Bez względu na wszystko. Miejsce, które tworzą ludzie i ich relacje. Miejsce zapewniające bezpieczeństwo i stabilizację, pewnik w niepewnym świecie. Jaki by nie był, to zawsze był – dom. Obecnie czuję się jak tamta mała dziewczynka z przedszkola, która krzyczy i płacze, że chce do mamy. Tylko że tym razem hałas jest zagłuszany, bo tak nie wypada. Bo mimo zepsutych stosunków, nadal gdzieś we mnie żyje tamto dziecko, które potrzebuje pewności. A któremu zostaje ona odbierana.

Nigdy nie sądziłam, że mnie to zaboli. Pół życia powtarzałam jak mantrę: „chcę się stąd w końcu wyprowadzić”. A gdy dochodzi do tego momentu, kiedy za dwa tygodnie zwinę się z mojej dotychczas bezpiecznej przystani… ja wcale tego nie chcę. Nie teraz. Nie tak. Zbyt wiele się popsuło, żeby tak nagle uciekać. Zbyt wiele się popsuło, żeby tak nagle to naprawić. Jestem Alicją w krainie czarów. Gubię się, choć nawet nie zdążyłam wyjechać.

3 komentarze

  • PsychoLogika

    Jak się coś ma na co dzień i ma się świadomość,że to przecież jest to łatwiej dostrzegać wady i negatywy. O pozytywach się tak nie myśli albo mało się o nich myśli. Ale kiedy się to traci to nagle magicznie widać plusy i jednak okazuje się,że nie było tak źle.
    Tak się dzieje w relacjach z ludźmi,podobnie jest z miejscami itd. Ciężko będzie,ale chyba trzeba spróbować dać radę,hm? 😉

  • Olga

    Dla mnie moment wyprowadzki był tym czymś, na co się czeka całe życie. Nie bałam się, wiedziałam, że sobie poradzę, byłam (ba! nadal jestem) ciekawa świoata i z chęcią uciekam coraz dalej od mojej bezpiecznej warszawskiej przystani, tylko w stronę domu rodzinnego już mnie nie ciągnie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *