fbpx
Osobiste

4 grzechy, których aż żal nie powtórzyć

Każdy z Was ma taką topkę. Tych kilka rzeczy, które wiecie, że zrobiliście źle, ale gdyby tak cofnąć czas, czy naprawdę byście coś zmieniali? Bo ja wiem, że nie. Może ewentualnie ich formę, ale samego faktu, że do nich doszło, nie żałuję nawet w jednej setnej procenta. Zrobiłam rachunek sumienia i znalazłam 4 takie haniebne czyny.

1. Kac w pracy był chlebem powszednim

Może to był kac, może nadal dżuma po skończonym balowaniu nad ranem – wiem jedno: nie byłam w tym sama. I to jest myśl, która zawsze sprowadza na manowce. A zaczyna się od niewinnej ucieczki z lekcji w podstawówce i tłumaczenia: “mamo, ale ona też uciekła”. Wtedy mama mówi: “a jak będzie kazała Ci się położyć na torach, to też to zrobisz?”. Kilka lat później okazuje się, że no w sumie to tak. Weryfikują to słowa: “no z nami nie pójdziesz na piwo?”. I już wiesz, że skończy się to wódą o 5 nad ranem, a nie jednym piwem, ale i tak idziesz, bo ekipa jest super i warto poświęcić dla nich jedną noc snu. No, może nawet kilka nocy. Z rzędu.

2. A potem stamtąd zwiałam

I to w najgorszym momencie. Ktokolwiek pracował w restauracji pod złotymi łukami ten wie, że jest kilka takich chwil w roku, kiedy nie wiadomo, w co ręce włożyć. Wtedy każdy człowiek liczy się na wagę złota, nawet jeśli ma tylko chodzić i sprzątać tacki. I w jednym z takich momentów zwolniłam się z dnia na dzień. Gdyby moja kierowniczka nie zrobiła mi na złość, byłoby to klepnięte jakieś 2 tygodnie wcześniej. Ale jako że sama się właśnie zwalniała i czerpała najwyraźniej ogromną przyjemość z utrudnienia mi życia kolejny raz, nie zrobiła tego. Zaryzykowałam długoterminowe bezrobocie, ale i tak zwiałam, jak tylko nowa szefowa wyraziła zgodę, bo ekipa z poprzedniego punktu przestała być taką super ekipą. A odkąd tam nie pracuję, odzyskałam spokój ducha. Dlatego absolutnie tego nie żałuję.

3. Nie dość, że bezrobotna, to dodatkowo prawie bezdomna ¯\_(ツ)_/¯

To i punkt poprzedni działo się w jednym czasie. Miałam takie spiny w mieszkaniu, że to koniec. Najpierw problem o stół, bo jakim prawem ja go w ogóle ruszyłam z kuchni. Przecież on tam ma być, nieważne, że rodzina przyjeżdża w odwiedziny – niech siedzą na dupie na podłodze, bo STÓŁ MA BYĆ W KUCHNI. Dziewczyna, która miała o to problem, w mieszkaniu była raz w miesiącu. I to na jeden weekend. Regulowanie opłat z właścicielem to był istny koszmar, bo koniecznie chciał pieniądze do ręki. Tylko szkoda, że miała to z nim załatwiać laska od stołu, a finalnie spadło na mnie. Właściciela więcej nie było niż był, dlatego przez dobry tydzień w miesiącu codziennie stałam pod jego drzwiami, pukając jak idiotka do pustego mieszkania. Stan tych kamienic to totalna tragedia. Pokoje nie widziały remontu chyba od PRL’u, bo tapety odchodziły płatami, drzwi się nie zamykały, bo była rozwalona klamka (miałam sobie sama naprawić, jak chciałam je zamykać), a w łazience przez pół mojego pobytu tam nie było nawet ciepłej wody. Jednego dnia znalazłam inne ogłoszenie – podpisałam umowę, spakowałam wszystkie rzeczy, kota i królika i… wyszłam. Znajomy przyjechał autem, żeby przewieźć graty i w ten sposób z dnia na dzień zmieniłam mieszkanie. Tak kończą ludzie, którzy nie dają umów lokatorom.

4. Ukradłam kota z Fundacji

Moja wisienka na torcie. Zdecydowanie ulubiony grzeszek, który – gdyby tak cofnąć czas – powtórzyłabym bez wahania. Tylko wzięłabym jeszcze z dwa inne koty. O całej akcji szerzej przeczytacie tutaj. W skrócie: kolejne osoby w moim życiu, które nie myślą. Dostałam kota, nie dostałam umowy. Ale za to z nawiązką dostałam masę problemów ze strony Fundacji wraz z obelgami i zastraszaniem, że powiedzą o wszystkim moim pracodawcom i dziekanowi. Co byłoby dość zabawne, gdyby mnie wezwano na dywanik na uczelni, pytając, dlaczego ukradłam kota. Myślę, że wtedy byłby dobry moment na pokazanie tego zdjęcia – na górze Wafel po odebraniu z Fundacji, a na dole nawet nie miesiąc porządnej opieki u nas:

A tak wygląda teraz, karmiony miłością i kocim jedzonkiem:

Więcej grzechów nie pamiętam. Z tych wymienionych, choć niczego w życiu nie żałuję, powtórzyłabym jedynie ten ostatni. Moje obecne mieszkanie jest super, jeśli tylko się w nim sprząta. Obecna praca, wreszcie w przeciwieństwie do opisanej tam wyżej, wymaga myślenia – dlatego ją szanuję i nie ryzykuję balowaniem do rana. Wszystko jakoś się w tym życiu ułożyło tak, że naprawdę czuję się okej w miejscu, w którym obecnie na tej linii czasu stoję. Wiadomo, że zawsze można lepiej, bardziej, więcej – ale tym razem byłby to jedynie kaprys, a nie uwierający jak kamień w bucie brak samorozwoju i perspektyw. 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *